W szczelinie nieba, nad otwartym paleniskiem wschodu, szeleszczą pospiesznie przydrożne jesiony. Nie ma czasu, trzeba się jakoś ogarnąć, otrząsnąć. A tu spada strąk, pęka pestka, drąży korę wiecznie głodny robak.
I nikogo, naprawdę nikogo nie obchodzi, że w tej rozgorzałej plątaninie chrustu z wolna prostuje się Menora. Rozkłada drewniane ramiona i czeka na ogień.
Kijek, który podnoszę z dna lasu, jest różdżką. Sypie się z niego srebrny szron. Nie wiem na pewno czy różdżka jest dla mnie. Nie znam zaklęć. Puk, puk - pukam głucho w omszony pień po świerku. Budzi się Chochlik i rzuca we mnie szyszką. Nie chciałabym przez przypadek przywołać Błędnicy i w nieskończoność włóczyć się z nią po grzęzawiskach.
Nie chcę różdżki. Ponadto srebrny pył już opadł i kijek coraz bardziej staje się kosturem. Puk, puk - postukuję kosturem o ścieżkę. I nagle otwiera się przede mną polana borówek. Styczniowe, przejrzałe, przebarwione owoce mają mniej goryczy niż pod koniec lata.
Jak czysto. Ciemne moce, które od południa rwały w kościach, puchły w stawach, mrowiły, wzdychały: oh, jak ciężko i parno – zgęstniały, natarły na siebie, spadły z hukiem i wreszcie pochłonęła je ziemia.
Niebo jest spokojne. To czas Aniołów – spływają na obłoczkach i leżą gdzie popadnie: na zalanych pastwiskach, stygnących krowich plackach, na kolczastych miedzach, na kłujących źdźbłach żyta. Są tak nisko, że niemal dotykają życia.
Mogłabym dać się dotknąć, gdybym tylko zdołała wspiąć się na miedzę, obejść grzęzawisko i przedrzeć w ich stronę. Ale muszę zawrócić, jestem zbyt naga. Mam gołe nogi i odkryte ramiona, z których zmyłam offy, raidy, antymosquity. Nie mam niczego na swoją obronę . Jeżeli nie ucieknę – spętają mnie przytulie, skłuje suchy krwawnik, a meszki, gzy i komary wypiją moją krew.
Gienka wywieźli do Niemiec za okupacji. Nie wiedział gdzie był i nawet nie próbował się dowiedzieć. I popatrz, nie starał się wcale o odszkodowanie.
Za to Stasiek się postarał i dostał, chociaż w Niemczech nigdy nie był. Bo Stasiek ma od dziecka blizny po czyrakach. Pokazał plecy przed komisją, i - jak to Stasiek - udawał że był bity. I zrobił się na weterana.
No zobacz, mówią, że Wielgat był głupi, a Wikieł mądry. Obaj byli w Niemczech na robotach. Wielgat wystarał się o dokumenty, miał bardzo wysoką rentę, a Wikieł też nie wiedział gdzie był. Kałuski z Gruszczyna też był w Niemczech i też nie wiedział gdzie.
A z Kałuskim było tak, że po wojnie Niemiec napisał do niego list. Przyszedł z nim do mnie i do Danki. Danka umiała czytać po niemiecku, a ja dużo rozumiałem. Z listu wynikało, że ten Niemiec chciał się z nim spotkać w Szczecinie, coś mu dać, ale nie wiadomo było co. Podał adres, ale Kałuski nie pojechał.
Ale Szulc to był porządny człowiek. Po polsku nie umiał ani
słowa. Był ranny na froncie i później dali go do nas na żandarma. A drugi to
był ze Śląska, mówił dobrze po polsku i po niemiecku. Taka ruda cholera,
świniabyła.
Do domu to zawsze Szulc
pierwszy wchodził. A tak się złożyło, że pół litra bimbru stało u nas na
stole.Krowa
się wzdęła, to ojciec wysłał Staśka do Podmarszczynażeby kupił pół litra bimbru. A za to była kara śmierci.
I nie zdążyliśmy
wlać bimbru tej krowie, a tu kurna Niemcy wchodzą. Szulc wszedł pierwszy, podszedł
do stołu, wsadził butelkę do kieszeni. A ten drugi od razu po kątach, po
garach, czy nie ma czego zabronionego. Przy wyjściu Szulc puścił Ślązaka
pierwszego, wyjął ten bimber i postawił przy progu.
Ojciec mnie wysłał bryczką po księdza do Murowanego Miszewa, żeby w parafii
mszę odprawił. A ludzie i tak się bali do spowiedzi iść, że może Niemcom przekazywać.
Bo naszych księży z Daniszewa i z Bulkowa Niemcy powiesili na krzyżu.
Jak pierwszy krajan zginął na froncie w trzydziestym dziewiątym
roku, księża zrobili wielką uroczystość. Przyjechał biskup z Płocka.
Jak Niemcy
się rozgościli, to zaraz zrobili drugą uroczystość. Biskupa wywieźli do obozu,
a księży powiesili na misyjnym krzyżu w Bodzanowie. A nas zgonili, obstawili wojskiem z
karabinami i kazali patrzeć.
I mnie szykowali na piekarza. Tylko Hankę mieli zamiar wykształcić. Ale skończyła siódmą klasę i wybuchła wojna. A po wojnie już miała 20 lat i się w Gieńku pijaczynie zakochała.
A rodzice Gieńka byli przyczyną śmierci jej ojca. Bo ojciec Hanki a pierszy mąż matki - też był pijakiem i chodził pić na Szadłowo. Zabrakło im wódki, to założyli konia i jazzdaaa na Daniszewo. Spadł z wozu i koło mu przeszło przez czaszkę.
Matka została wdową z dwiema córkami – dwóch chłopców zmarło zaraz po urodzeniu. Tak że moja matka urodziła ośmioro dzieci.
Jak ojciec się zdecydował z tą wdową ożenić - to trochę była rodzina Dąbkowskich - notariusz sporządził opis gospodarstwa. Na gospodarstwo 20 hektarów, z ziemią pierwszej klasy, była 1 krowa, jeden koń, para prosiąt, parę kur. Bieda aż piszczała. Chłop tylko dzieci robił i za wódką latał, ziemia leżała odłogiem.
I tak się Hanka męczyła z tym pijakiem, bo gospodarstwo Gieńka było wielkie – 50 hektarów. Dlatego Niemcy ich wysiedlili, ale to już inna historia.
W nocy czarna chmura okrążyła wieś. Unieruchomiła w obejściach uśpionych złudnym ciepłem i majową zielenią mieszkańców: zrzuciła śnieg, zasypała drogi, zabrała prąd, wodę, telefon i wyłożyła Konopkę.
O świcie wracałam z pompą godną narzeczonej czujnego i dzielnego druha komendanta: w szpalerze strażackim, w światłach wozów pożarniczych, w snopach iskier, w kakofonii męskich okrzyków i pił.
Na szczęście pracuję po południu, bo by mi się odechciało.