Fanaberka bloguje

no blog, wiadomo

Jest ciepło. Tak ciepło, że muchy buczą w trawie pośród gnijących liści a młode bazie zakwitają lekkomyślnie tuż obok przejrzałych głogów. Mężczyzna, który zimą przemierza rzekę na biegówkach – maszeruje rytmicznie ścieżką, odpychając się kijkami. Nosi bardzo ciemne, narciarskie okulary i nie zdejmuje ich nawet w obliczu spektaklu, jaki na powierzchni Wisły odgrywa zachodzące słońce.

Moja ciekawość jest bez wzajemności i jestem tu tylko intruzem.
„Wytropię was wszystkie” – obiecuję, ale one nawet nie wiedzą, że nazywam je bobrami a na moje pogróżki odpowiadają lekceważącym milczeniem. Chodzę po cienkiej skórce oddzielającej moją jasną przestrzeń od ich tajemnych podziemi.

To czysty przypadek, że stoję dokładnie w tym miejscu, tego dnia, pod bezchmurnym niebem, w tej krótkiej chwili, kiedy słońce wpada wprost do odległego o wiele metrów wejścia, rozświetla podziemny korytarz, a z mrocznej szczeliny w ziemi bucha pomarańczowe światło. Spektakl trwa kilkanaście sekund, ledwie zdążam uruchomić aparat.

Bobrowe siedliska są gliniaste, udeptane, uklepane ogonami, mokre i śliskie, zasypane wiórami i wikliną. Wnętrze nory – czyste, suche i przytulne, delikatnie pachnie bobrami.
Tutaj jest zdjęcie podwodnego wejścia do nory.
A tutajtutaj wyjście awaryjne, a może kanał wentylacyjny, a kto je tam wie :-)

Negocjowała z kierowcą cenę biletu – śmieszna i irytująca, w letniej spódnicy i spłowiałej, ortalionowej kurtce, z tą swoją starczą stanowczością i niesłusznym przekonaniem o prawie do ulgi. Gdy wreszcie zmyślił, że opłata obejmuje koszt przewozu psa – nagle uległa, wdrapała się na boczne siedzenie i czule ucałowała rudy, spiczasty jak u mrówkojada ryjek.

Pochwyciła mój wzrok, pewnie też uśmiech – i już mnie miała do końca podróży. Mówiła do mnie ponad pustym rzędem siedzeń, bogatą mimiką wzmacniając matowy głos. Autobus warczał i zgrzytał, a na zakrętach szarpał nami jak manekinami do testowania luksusowych aut. Kobieta obok wzdychała zdjęta zgrozą, nerwowo ocierała się o moje ramię, a czarne włoski z jej futerka kruszyły się i sypały na mój szalik.

Słyszałam znikomą część opowieści, coś o operacji, „widzi pani – i żyje”, „psa to trzeba wychowywać do miłości”, „nie jestem głupia, tylko nie mam z kim rozmawiać”. Uśmiechałam się i potakiwałam głową z udawanym zrozumieniem, a suczka tuliła się do jej brzucha i wyciągała spiczasty ryjek do kolejnych pocałunków.

„Do widzenia” – skłamałam na schodach, chyba z uśmiechem, który pewnie był prawdziwy.
„Niech panią Bóg prowadzi” – usłyszałam za plecami, a autobus z sykiem i plaśnięciem odciął mnie od swojego niespokojnego wnętrza.

Potem wracałam w ciemności przez wydmy, a sosny pykały w koronach „pyk pyk”.

Fanaberka

3 komentarzy

Boję się, że zlikwidowano moje poprzednie blogowisko.


  • RSS